seafountain_large

Fabergé – najsłynniejsze wielkanocne pisanki

Znana na całym świecie marka wyrobów czekoladowych Ferrero, nie może niestety szczycić się oryginalnością wprowadzając na More »

DSC_4693

Montreal – Pomnik Jana Pawła II

Zwyczaj stawiania pomników papieżom datuje się od czasów średniowiecza , większą skalę przyjął w czasach nowożytnych. Pomniki zazwyczaj More »

J-P II

Dzień Jana Pawła II obchodzony w Kanadzie

Parlament Kanady ustanowił  drugi dzień kwietnia Dniem Papieża Jana Pawła II. Przyjęta w obu izbach kanadyjskiego More »

DSC_0077

Mój kraj nie jest krajem,to jest zima

Poemat “Mój kraj” został skomponowany w 1964 roku przez Gilles Vigneault (muzyka i teksty), utwór został More »

DSC_4548

NA SZCZUPAKA DO PRZERĘBLA

Łowienie ryb spod lodu jest kanadyjskim zwyczajem odziedziczonym od Indian. Wędkowanie pod lodem inaczej zwane też More »

70653612

Anioł był…

Anioł był wczoraj bardzo wczesnym rankiem Nazywał się Jan lub Joanna… nie pamiętam dokładnie Tomek z More »

Bałwan

Bałwan ze śniegu

Bolesław Leśmian ( 1877-1937) najbardziej skrajna indywidualność twórcza literatury polskiej XX wieku. Leśmian postrzega świat w More »

El-Che_3

Mauzoleum terroryzmu

Komunistyczny rząd Kuby nie zdając sobie sprawy z tego, że kiedykolwiek zostaną odkryte zwłoki Ernesto Che More »

_DSC0079

Pola chwały

Pole Chwały (fr;Champ d’honneur) znajduje się w Pointe-Claire na obrzeżach Montrealu. Jest to miejsce spoczynku zarezerwowane More »

Puste Miejsca

Puste miejsca Do przeszłości często powracam. Przybywam. I jak gość nieproszony, pokornie O jałmużnę wyciągam rękę… More »

_DSC0511

Jesień  w dolinie  łagodności

Buddyzm, jedna z wielkich religii uniwersalistycznych, która rozwijała się począwszy od V w. p.n.e., a jej punkt More »

atom_bomb_nuclear_weapon_nuke_sticker-p217734592870808075envb3_400

Bunkier premiera Diefenbakera

W odległości 35 kilometrów od stolicy Kanady; Ottawy w miejscowości Carp, 30 metrów pod ziemią znajduje More »

mont saint- sauveur 2008 011

United colors of quebec

Na północ od Montrealu, jakieś 45 minut jazdy samochodem zaczyna się masyw Gór Laurentyńskich. Są to More »

DSC_0920

Kurtuazyjna wizyta Ambasadora Honorowego Polonii Quebeckiej w Montrealu

W dniach 3-4 września gościł w Montrealu Ambasador Honorowy Kongresu Polonii Kanadyjskiej okręg Quebek, Pan Bogusław More »

192312

JAN KIEPURA, 1902-1966 – NAJSŁAWNIEJSZY POLSKI TENOR

Z Martą Eggerth, żoną artysty rozmawia Piotr Wiesław Grajda, czerwiec  1989 W sierpniu tego roku przypada More »

DSC_0349

Robert Pludowski-malarz. Największy mistrz sztuki współczesnej, wierny kontynuator ekspresjonizmu abstrakcyjnego.

Robert Pludowski jest Polakiem mieszkającym w Montrealu. Jest artystą malarzem. Jest właścicielem galerii sztuki Christo Stefanoff More »

Capture d’écran 2016-08-17 à 15.58.38

Pokaz filmu pt. Ojcu

Polonia montrealska będzie miał okazję obejrzeć długo oczekiwany film pt. “Ojcu” polonijnych producentek filmowych Liliany Komorowskiej More »

1023x682_o0vyd8

Niewinne

Oparty na prawdziwej historii najnowszy film Anne Fontaine, autorki pamiętnych „Coco Chanel” i „Dziewczyny z Monaco”. More »

DSC_0007

Zdeptane Buty Felixa

Felix Leclerc urodził się 2 sierpnia 1914 roku w małej górskiej miejscowości La Tuque w kanadyjskiej More »

Mynarski

Andrew Mynarski, polsko-kanadyjski heros

06 czerwca tego roku minęła 72 rocznica alianckiej inwazji we Francji, znanej pod nazwą Lądowania w Normandii More »

corrida_de_juillet

Milczenie byków

Aria torreadora, po polsku bardziej znana jako „Zabiłem byka”, pochodzi z opery „Carmen” Georges’a Bizeta. Jest toastem na cześć More »

Sonety Emigranta : 1

Sonet Ta kraina powraca w moich snach intymnych Porzucona ,powiedziałbyś… zdradzona Ta kraina, których jezior nie More »

ralph_modjeski_1

Ralph Modjeski-największy budowniczy mostów w Ameryce

Rudolf Modrzejewski urodził się w Bochni (Salzberg) 27 stycznia 1861 r.w  ówczesnej Galicji pod zaborem austriackim.  Rodzicami Ralpha More »

canadian art

Dzieła rozczochrane. Jean-Paul Riopelle

Jean-Paul Riopelle,malarz,rzeźbiarz kanadyjski urodzony w Montrealu 07 października 1926,zmarł 12 marca 2002 r. w Saint-Antoine-de-l’Isle-aux-Grues. Już More »

st-jea10

Św Jan Chrzciciel w kolorze blue

Każdego roku w kanadyjskiej prowincji Quebec, dzień 24 czerwca jest niezwykle ważnym dniem ,kiedy to jest More »

_DSC0120

Ticonderoga

Całkowicie zrekonstruowany fort z okresu wojen brytyjsko-francuskich o kolonizację terenów Ameryki znajduje się w miejscowości Ticonderoga More »

DSC_1344

Ostatni dzień wizyty polskiej Pary Prezydenckiej w Kanadzie

Prezydent Andrzej Duda w środę 11 maja w Ottawie podczas spotkania z Gubernatorem Generalnym Kanady Davidem More »

DSC_0061

Srebrny jubileusz kapłaństwa Ojca Darka

W niedzielę, 22 maja 2016 miała miejsce uroczysta msza św. poprzedzająca bankiet z okazji jubileuszu 25 More »

DSC02035

Jakub Muda z trasy. Kierunek: Kosmos. Wywiad

Jakub Muda, ur w 1993 r. w Warszawie, mieszkaniec Montrealu, student Concordia University na kierunku chemia More »

DSC_1234

Drugi dzień wizyty polskiej Pary Prezydenckiej w Kanadzie

Podczas drugiego dnia  wizyty Prezydent RP spotkał się w jednostce wojskowej w Petawawie z grupą żołnierzy More »

Tag Archives: Marcin Smigielski

Nieustający w Szukaniu, Burzeniu i Budowaniu

IMG_0340

Gomunice – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie radomszczańskim, w gminie Gomunice. Taka oto sucha notatka z Wikipedii charakteryzuje małą miejscowość rzuconą między Piotrków Trybunalski a Częstochowę. Miejscowość ta nie słynie z niczego. O remoncie niektórych dróg nie myślano tam chyba od dawna, a doba hotelowa w miejscowym, trójgwiazdkowym hotelu nie ma ustalonych godzin. Nie dotarł tam nawet samochód z Google, przez co nie można obejrzeć jej w globalnej usłudze StreetView. Co prawda, na co StreetView, skoro nie ma tam po co jechać? Otóż nie – jest jeden ważny powód. Nosi on nazwę: Club Muzyczny Bogart. Bogart na pierwszy rzut oka wygląda jak setki polskich pubów; jest piwo, pizza i ściana z czerwonej cegły. Ma jednak dwa niepodważalne atuty: kameralną salę koncertową na około dwieście osób i właścicieli zakręconych na punkcie dobrej muzyki. W Bogarcie od kilkunastu lat grają najlepsze kapele muzyki szeroko pojętej jako rockowa, choć nie tylko. Wystąpili tam m.in.: T.Love, KSU, ale też: Jan Ptaszyn Wróblewski, Martyna Jakubowicz i zespół Krzak, żeby nie wymienić licznych przedstawicieli polskiej alternatywy. I w takim właśnie miejscu, w ostatnią sobotę lutego zagrał najlepszy polski zespół rockowy wszech czasów – Silesian Blues Band, czyli po prostu SBB.

10154141_513712218822629_6783833367754331050_n 12512559_513712122155972_4039088890855147442_n

SBB w swych najświetniejszych latach miał oddanych fanów nie tylko w Polsce, ale i w Niemczech (obydwu), Czechosłowacji, na Węgrzech, w Danii i Finlandii. Świat dowiedział się o nich, gdy byli zespołem towarzyszącym Czesławowi Niemenowi. Po rozstaniu zaopiekował się nimi legendarny menadżer Franciszek Walicki. To on jest autorem ciekawej interpretacji skrótu SBB – „Szukaj, Burz, Buduj”, co równie dobrze pasowało w języku angielskim: „Search, Break, Build”. Dziś, po kilkukrotnych rozstaniach i powrotach na estradę, grają znów w „złotym składzie”: Józef Skrzek, Apostolis Anthimos i Jerzy Piotrowski. Przed koncertem w Gomunicach zjadała mnie ciekawość jak będą brzmieć i jaki dobrali repertuar. Wiadomo, że w kameralnym klubie rozbudowane utwory, z jakich znany jest SBB będą brzmiały zupełnie inaczej niż w monumentalnej hali.

12778712_513712178822633_7456333247634700589_o

Tak jak się spodziewałem, na niewielkiej scenie Bogartu muzycy czuli się się znakomicie. Główną część koncertu stanowiły tytuły, które swego czasu zapewniły im pozycję supergwiazdy w niemal całej Europie. Co prawda nie rozkręcali już ich do półgodzinnych (lub dłuższych!) suit jak dawniej, ale też nie sprawiało to wrażenia muzycznego skąpstwa. Raczej mieliśmy do czynienia ze świetnym gospodarowaniem czasem, który znakomicie został wypełniony co do minuty. Nadal zadziwiają wirtuozerią, z jaką wręcz malują dźwiękiem. Ciągle potrafią intrygować diametralnymi zmianami tempa w dowolnej części utworu. Z których krwi krew moja, Odlot orazsłynne Memento z banalnym tryptykiem, by wymienić tylko część, w dalszym ciągu tchną w słuchacza niebywałą energię, a gdzie trzeba – zadumę. Zasługa to nie tylko wirtuozerii „Lakisa” i Skrzeka, który notabene nieprzerwanie używa swoich oryginalnych moogów, ale też w sporej mierze stylu gry Piotrowskiego. Czołowy polski perkusista nie daje po sobie poznać, że zaliczył dwudziestoletnią przerwę w graniu. W 1994 roku zdecydował się pozostać w Stanach Zjednoczonych po ostatniej trasie koncertowej reaktywowanego SBB. O przygotowaniach do powrotu w 2014 roku opowiada najlepiej on sam w świetnym, godzinnym wywiadzie na kanale Beatit.tv, w Youtube. Podczas jego nieobecności SBB grał kolejno z dwoma perkusistami: Paulem Wertico i Gaborem Nemethem. Ich kunsztu nie sposób przecenić, jednak dopiero powrót „Kety” ukazał, czego brakowało zespołowi do tej pory: żywiołowości, czy wręcz organicznego tętna, które sprawia, że utwór staje się trójwymiarowy. SBB jest – parafrazując słowa pewnego Olgierda – jak palce jednej ręki. I tak powinno pozostać.

DSC_0631 DSC_0634

Słuchając tego koncertu miałem wrażenie, że trzej dżentelmeni polskiego rocka doskonale bawią się muzyką i przebywaniem na scenie w swoim towarzystwie. Widać było to szczególnie podczas słynnego pojedynku Piotrowskiego i Anthimosa na dwie perkusje. Zaczęło się kilkuminutową solówką „Kety”, na którą odpowiedział „Lakis”, po czym obaj panowie zaczęli się przekomarzać w coraz bardziej wymyślnych rytmach. Rywalizacja płynnie przeszła w zgrabną i niebywale energetyczną współpracę dwóch zestawów perkusyjnych. Po krótkim czasie zza kulis wyszedł Skrzek i niemal niepostrzeżenie wpasował się z intrygującymi dźwiękami mooga. Śmiem twierdzić, że utwór miał opracowany jedynie plan ramowy, zaś reszta była mistrzowską improwizacją. Na bis zagrali bluesową wariację nieco podobną do niegdysiejszego Figo-Fago oraz nieznany mi utwór, prawdopodobnie z nowej płyty, którą podczas koncertu zapowiedział Skrzek.

IMG_0340

Osobnym zjawiskiem, wartym odnotowania jest to, co zaobserwowałem przed i po koncercie, a co rzadko zdarza się u innych gwiazd. Zazwyczaj przed koncertem artysta po przebyciu wielu kilometrów i po próbie dźwięku chce odpocząć i na przykład coś zjeść. Wielu z nich zaszywa się w miejscu niedostępnym dla postronnych. Jednak dżentelmeni z SBB nie zabrali swojej pizzy do garderoby, lecz zajęli miejsca przy takich samych, pubowych stolikach, co i my. Bez protestu odkładali kanapki, dawali autografy i pozowali do zdjęć. Oczywiście taktownie poczekałem z moimi płytami aż zakończą koncert, jednak nie uszło to mojej uwadze.  A wszystko to w małym klubie, gdzieś pod Bełchatowem. Wystąpili tu, bo zabłądzili w drodze z występu w Budapeszcie do Poznania na koncert z Michałem Urbaniakiem, a kasa na ulicy nie leży? Nie, wystąpili, zresztą po raz drugi, bo zaprosił ich profesjonalny organizator. Bycie legendą zobowiązuje? Chyba nie w tym przypadku. Oni po prostu tacy są. Najlepsi polscy rockmani czterdziestopięciolecia. Najlepsi muzycy, lecz także niedościgniony wzór dla miliarda sezonowych gwiazdorów i sztucznie, niesłusznie wywindowanych do miana idoli chałturników. Po prostu świetni ludzie. Kto jeszcze nie był – polecam: spieszcie na ich koncerty!

Autor: Marcin Śmigielski

Fot.: Marcin Śmigielski, Artur Popiołek

Jak zagrałem z Leszkiem Cichońskim na jednej scenie, czyli 24 finał WOŚP

6

W tej właśnie chwili setki, jeśli nie tysiące wziętych blogerów w Polsce rozpisują się na temat minionego 24 Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jedni odnoszą się do najnowszych w tym temacie wypowiedzi posłanki Pawłowicz, tudzież posła Pięty, którzy przebojowo kreują swój polityczny wizerunek niewyszukanymi opiniami. Inni mądrze (choć niektórzy tylko inteligentnie) ripostują. Jedynie nieliczni piszą o esencji tego unikalnego na światową skalę przedsięwzięcia, nie wdając się w polityczne przepychanki. Dla mnie już kilka lat temu stało się jasne, że oponentów i wrogów WOŚP nie przekona racjonalna rozmowa, podawanie faktów, dowodów, linków do rozliczeń i przetargów. Oni zwyczajnie chcą trwać w swoim przekonaniu, ponieważ oni także w coś wierzą. W związku z tym postanowiłem, wzorem tych nielicznych, również podzielić się moimi przeżyciami i emocjami z 10 stycznia 2016 roku.

1

Wrocław, który od kilku lat jest moim miastem, znajduje się w „wielkoorkiestrowej” czołówce w naszym kraju, jeśli chodzi o zbierane kwoty. Rok w rok na staromiejskim rynku i sąsiadującym Placu Solnym kwestują żołnierze, członkowie grup rekonstrukcyjnych, właściciele zabytkowych pojazdów, kierowcy „driftowozów”, fryzjerzy (ogólnopolska akcja „Fryzjerzy dla WOŚP”) i inni pozytywnie zakręceni ludzie. Oczywiście nie brakuje harcerzy, którzy są z Orkiestrą niezmiennie od 1993 roku. Zresztą kwestują nie tylko ludzie. Od kilku lat na Rynku, w dzień finału spotkać można grupę pociesznych labradorów, które pod okiem swych treserów również zachęcają do zasilania orkiestrowych puszek.

2

Działalność charytatywna pod nazwą „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy” nierozerwalnie związana jest z muzyką. Ba, wywodzi się z niej! Pierwszy, nieoficjalny finał miał przecież miejsce podczas festiwalu w Jarocinie w 1992 roku. Jurek Owsiak jest dziennikarzem muzycznym, pomysłodawcą koncertów Letnia zadyma w środku zimy w 1988 roku i autorem wielu muzycznych programów, telewizyjnych i radiowych – m.in. Róbta co chceta, czyli rokendrolowa jazda bez trzymanki, Brum, czy Się kręci. Nie mówiąc o największym plenerowym festiwalu muzycznym w Europie – Przystanku Woodstock. Dlatego osią finałowych wydarzeń są zawsze koncerty. Nie zabrakło ich również tego roku we Wrocławiu. Zagrali m.in. tacy wykonawcy muzyki alternatywnej jak: Dr Misio, Closterkeller, czy Habakuk. Wystąpił też Leszek Cichoński, jeden z czołowych polskich gitarzystów, wrocławianin i organizator dorocznego Gitarowego Rekordu Guinnessa polegającego na wspólnym graniu utworu Hey Joe. A teraz najlepsze: zagrałem również ja! Mimo, że jeszcze w drodze na finał nie miałem o tym pojęcia. Po prostu: taki jest WOŚP-owy rock and roll!

3

Zaczęło się niewinnie

Cichoński tym razem postanowił przenieść majowe granie w zimowe realia orkiestrowego finału. Nie próbowano bić kolejnego rekordu – to już nierozerwalnie związane jest z wrocławską majówką – jednak wspólne wykonanie Hey Joe miało urozmaicić 24 finał. Stawiłem się więc obowiązkowo na Placu Nowy Targ (tam wyjątkowo w tym roku mieściła się scena muzyczna) na kilkanaście minut przed wydarzeniem. Ku memu zdziwieniu nie zauważyłem nikogo innego, kto dzierżyłby pokrowiec z gitarą. Dopiero po zapowiedzi konferansjera, w wyznaczonym miejscu zebrało się nas około dziesięciu. Nic dziwnego, że nie widziałem ich w tysięcznym tłumie. Gdy zacząłem zastanawiać się, dlaczego kazano stanąć nam tak bardzo w bok od sceny, człowiek odpowiedzialny za harmonogram począł zapraszać nas do kulis. Nie minęło moje zaskoczenie, gdy przed sobą ujrzałem reporterkę Radia Zet, która najnormalniej w świecie podsunęła mi mikrofon i zaczęła wypytywać o szczegóły. Widać było, że Gitarowy Rekord Guinessa cieszy się sporym zainteresowaniem nie tylko w maju. Nie było mi dane w pełni zadowolić panią reporterkę odpowiedziami, ponieważ zaczęto rozdawać… numerki. Były one częścią loterii, która miała odbyć się po naszym występie, a w której nagrodą była wspaniała gitara marki Ibanez. To nie koniec: zaraz po numerkach wyposażono nas w jaskrawych kolorów peruki. Tym razem jednak zaprotestowała moja introwertyczna natura i peruka zamiast mojej głowy przyozdobiła główkę mej gitary. Nie wiadomo skąd znalazł się przy nas sam Leszek Cichoński. Nie krył zadowolenia na nasz widok i nie szczędził nam podziękowań, że przyszliśmy. Zaproponował nawet wspólne zdjęcie (on – nam!), jednak w tej chwili dostaliśmy znak, że nadeszła nasza kolej na scenie.

4

Próba. Na scenie jest jeszcze dość luźno

5

Hej Joe

7

Tak jak podczas Thanks Jimi Festival (w ramach którego odbywa się Gitarowy Rekord Guinessa), najpierw miała miejsce próba. Po niej krótki występ Leszka Cichońskiego i wreszcie WrocLove Guitar Band – bo tak nazywał się nasz, skrzyknięty specjalnie na tę okazję zespół pod kierownictwem Cichońskiego. Prawie trzydzieści gitarzystów i gitarzystek o różnym stopniu zaawansowania, którzy nie znali się wcześniej i akurat w taki sposób zdecydowali się spędzić dzisiejszy wieczór. Grałem Hey Joe wielokrotnie podczas Thanks Jimi Festival, jednak tym razem przypomniał mi się mój debiut w tej imprezie w 2012 roku. To samo drżenie rąk, chociaż – mimo zimy – wcale nie z zimna. Jest nas kilkaset razy mniej niż w maju, za to spod sceny patrzą na nas setki wrocławian. Widzę, że im się podoba, więc niewidzialna siła prostuje mi plecy i trema zaczyna mijać. Kończymy Hey Joe, Cichoński zapowiada drugą żelazną pozycję majowych rekordów – Wild Thing grupy The Troggs. Grając ten dość prosty utwór zastanawiałem się, czy to będzie koniec naszego występu. Trochę szkoda, bo zaczęło mi się podobać. Oczywiście, że nie koniec! Jako następny utwór Leszek Cichoński wymienia perełkę polskiego bluesa: Kiedy byłem małym chłopcem Tadeusza Nalepy. Pan Leszek przed każdym utworem podaje akordy i dorzuca: „No i musicie wyrabiać się na zakrętach”. Na tym polega ewenement majowych rekordów – zagrać może nawet ktoś, kto nie miał z danym utworem do czynienia. Na zakończenie wykonujemy hymn Thanks Jimi Festival, czyli utwór Thanks Jimi. Leszek Cichoński dziękuje nam i publiczności, a następnie przechodzi obok mnie i podaje mi rękę z krótkim, rzeczowym: „Dziękuję!”. Moi koledzy gitarzyści schodzą ze sceny, ale ja czuję, że nie mogę teraz tak po prostu bezczelnie pójść. Momentalnie zwracam się do dźwiękowców z prośbą o marker. Następnie doganiam pana Leszka i proszę o autograf, podsuwając mu swą gitarę. Ten zgadza się bez wahania i rysuje swój słynny podpis w stylistyce gitarowej. Pamiętam jeszcze jego przestrogę, żeby nie pozwolić tuszowi zetrzeć się ze śliskiej politury. Schodzę ze sceny niemal prosto w ramiona mej uśmiechniętej małżonki, która z pokrowcem od gitary na plecach dzielnie przetrwała próby wciągnięcia jej na scenę przez konferansjera. Teraz możemy pójść na coś bardzo niezdrowego do jedzenia, pooglądać zdjęcia i podzielić się wrażeniami.

6Zastanawiam się, czy jeszcze na niej grać :)

A wszystko to na zakup urządzeń medycznych dla oddziałów pediatrycznych oraz dla zapewnienia godnej opieki medycznej seniorów. To jest magia Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Pomagasz, a równocześnie czujesz się ważny i przeżywasz coś niezapomnianego. Czuję, że i ja… do końca świata i jeden dzień dłużej.

Autor: Marcin Śmigielski

Fot. Angelika Śmigielska, wroclaw.pl, inne

Kumam „Polskie gówno”

pg3

Nareszcie! Polski „szołbiz” nazwany oficjalnie po imieniu! Tymon Tymański i Grzegorz Jankowski stworzyli jedyny – przynajmniej w historii nowożytnej – polski musical kinowy, który nie zostawia suchej nitki na mechanizmach produkujących radiową i telewizyjną szarlatanerię. Film powstawał przez siedem długich lat, które Tymański (pomysł, scenariusz i główna rola) spędził na bojach o budżet i ekipę. Polskie gówno podtopiło kina 6 lutego, wartko wzbudzając sympatię nie tylko krytyki, ale i widzów. Na 39 Festiwalu Filmowym w Gdyni film zdobył prestiżową Nagrodę Publiczności.

Niespełniony muzyk i podstarzały punk z zespołu Tranzystory, Jerzy Bydgoszcz (Tymański) rozpaczliwie próbuje zorganizować jakąkolwiek gotówkę, czując na plecach oddech ścigającego go komornika, Czesława Skandala (Grzegorz Halama). Gdy w końcu obaj dżentelmeni nieuchronnie na siebie wpadają, Skandal litościwie proponuje Bydgoszczowi zorganizowanie trasy koncertowej. Zbieranina starych przyjaciół wyrusza w Polskę. I choć perkusista kontaktuje tylko na wspomaganiu napojów baśniowych, a menadżer-komornik skupia się bardziej na zaliczaniu fanek, niż pilnowaniu kasy, to ufność Tranzystorów w sukces jest rozbrajająca. Brutalna rzeczywistość szybko zajrzy im w oczy, stawiając zespół na krawędzi zdrady ideałów, coraz bardziej pogrążając go w złowrogim systemie.

pg2

Musicalowa forma sprawia, że mamy unikalną możliwość ujrzenia śpiewającego Mariana Dziędziela (Jerzy Bydgoszcz senior) i to przy porannej jajecznicy. Muzyczny dialog zawiedzionego ojca z wiecznie niedojrzałym synem stanowi jedną z tzw. perełek filmu. Jako że Tranzystory są zespołem punkowym, w filmie pojawia się kilku autentycznych muzyków epoki festiwali jarocińskich. Najbardziej widoczny jest Robert Brylewski (Stan Gudeyko, kierowca Tranzystorów), lider i współzałożyciel legendarnych zespołów, m.in.: Brygada Kryzys, Armia i Izrael. Jego parodia gen. Wojciecha Jaruzelskiego ogłaszającego stan wojenny jest kolejnym punktem, dla którego warto film zobaczyć. Podobnie uczestnicy talent show i muzycy, których Tranzystory spotykają podczas tournee – są narysowani kreską tak grubą, że ich podobieństwo do prawdziwych postaci odgadnie osoba nawet średnio zorientowana w polskim środowisku muzycznym. Dostaje się równo wielu znanym wykonawcom radiowych hitów, wśród których są m.in. Doda, Kombii, T.Love, czy Feel.

pg1 pg3

Scenarzystą filmu jest Tymon (właśc. Ryszard) Tymański, kompozytor, jazzman i multiinstrumentalista. Jak tłumaczy, pomysł na scenariusz wziął się z potrzeby wykrzyczenia frustracji, jaka dojrzewała przez lata tras koncertowych: Miałem dość filmów, które nie pokazują prawdy. Nie chciałem, aby środowisko rockowe pokazała osoba, która nie ma o nim zielonego pojęcia, dlatego sam postanowiłem zabrać się za napisanie scenariusza. Wszystkie historie przedstawione w filmie wydarzyły się naprawdę, nam lub naszym znajomym.”Natomiast reżyser, Grzegorz Jankowski dopowiada: „Polskie gówno” jest o ludziach pozbawionych łokci, by umiejętnie się rozpychać, którzy w pewnym momencie zaczynają szaloną podróż w głąb systemu. To film o przyjaźni, zrobiony przez przyjaciół.

pg4 pg5

Film Tymańskiego i Jankowskiego nie jest arcydziełem. Estetycznie orbituje w okolicach Wesela Wojciecha Smarzowskiego (notabene opiekuna artystycznego Polskiego gówna) i Wilka z Wall Street, i nie chodzi mi o kolory ani kostiumy. Nie spodoba się kinomanom oczekującym wysokiego poziomu, ani rodzinom przy niedzielnym obiedzie. Jest natomiast pozycją obowiązkową dla wielbicieli dobrej muzyki, starych „załogantów” i dla tych, którym ciasno jest pod murem, do którego przypiera ich fala rozrywkowej hochsztaplerki lejącej się z massmediów. Dla tych, którzy chcą zobaczyć jak masakruje system każący nam łykać banalne teksty z infantylną muzyką oraz pasjonować się zmaganiami młodych talentów tak, abyśmy myśleli, że to szczera rywalizacja. Dla tych, którzy kumają różnicę między dobrą muzyką, a….

A najlepszą robotę i tak zawsze mają tylko jurorzy.

Autor: Marcin Śmigielski

Fot.: materiały prasowe

Hiszpanka

maxresdefault

Film traktuje o kulisach zapomnianego przez Polaków, choć jedynego zwycięskiego w naszej historii powstania – Powstania Wielkopolskiego. Jest rok 1918, na mapach świata po stu dwudziestu trzech latach na nowo wykwitają polskie kontury. Tymczasem do kraju wraca Ignacy Jan Paderewski. Zamierza mu w tym przeszkodzić dowództwo armii pruskiej, które angażuje mroczne medium – doktora Abuse. Zarażenie tytułową „hiszpanką” ma pomóc Abuse w zawładnięciu ciałem i umysłem mistrza. Nie chcąc do tego dopuścić, polscy spirytyści proszą o pomoc niejakiego Rudolfa Funka. Tłem tej intrygi jest natomiast konspiracyjna, a w efekcie także i zbrojna walka wyzwoleńcza Polaków w Wielkopolsce.

540522_1.1 540524_1.1

Film ukazał się 23 stycznia. Reżyserem i scenarzystą jest Łukasz Barczyk, znany Polonii montrealskiej z Festiwalu Filmu Polskiego w 2003 roku, gdzie promował najnowsze wówczas dzieła: Patrzę na ciebie, Marysiu oraz Przemiany. Tym razem Barczyk proponuje film z nurtu historycznego, ale stworzony we właściwym jemu stylu. Film obfituje, a wręcz ocieka estetycznym przepychem, oczarowuje atmosferą epoki, serwuje dawkę gustownie opakowanej erotyki i nieustannie poszturchuje różnorodnością emocjonalną. Choć nie ustrzegł się reżyser również emocjonalnej mielizny, gdy w kulminacyjnym momencie, zamiast przyspieszać, akcja zaczyna się dłużyć, a widz – spoglądać na zegarek. A film trwa przecież sto dziesięć minut, czyli nie jest przesadnie rozwlekły w czasie. Szczęśliwie nie cierpi na tym widowisko i nie użyłem tego słowa przypadkowo. Ośmielę się stwierdzić, że film jest widowiskiem teatralnym, przeniesionym na ekran. Atmosfera, scenografia i plot filmu oscylują między najnowszym dziełem Wesa Andersona – The Grand Budapest Hotel, a Mortdecai’em z tego roku, ale wątpliwe, żeby reżysera zainspirowały te dzieła, ponieważ zdjęcia zakończono dwa lata temu. Umiejętność pokazania tego filmu na ekranie kinowym w taki sposób, aby widz miał wrażenie, że siedzi w auli teatralnej uważam za największą zaletę tego filmu, oczywiście obok scenariusza i zdjęć.

540526.1

No właśnie: film zbliżony jest do arcydzieła. Przynajmniej pod względem scenografii, a także kostiumów i rekwizytów. Akcja toczy się m.in. w znanych punktach Poznania: w Teatrze Polskim, na lotnisku „Ławica” i, oczywiście, w hotelu „Bazar”. Zaśnieżone, ukazane po zmroku i płasko oświetlone ulice stolicy Wielkopolski, po których bohaterowie poruszają się automobilami i bicyklami wprawiły mnie w zachwyt. Podobnie sceny powietrzne, zwłaszcza w pruskim sterowcu, widzianym oczywiście w nocy. Dla twórców literackich i filmowych sterowce ze swą nieodłączną ezoterycznością stanowią fascynujące dopełnienie każdej historii, w której pojawiają się elementy fantastyki i spirytystyki. Barczyk znakomicie wykorzystał ten fakt. Z kolei kostiumy kontrastowością graniczącą z przesadą żywcem przenoszą widza w 1918 rok. A ten dźwięk! Pierwszy raz w życiu oglądałem polski film, w którym świetnie (i wyraźnie, proszę państwa aktorów) słychać każde słowo, gdy dźwięki tła pozostają na drugim planie, a nie odwrotnie. Można?

540536_1.1 540545_1.1

Z racji dużej roli, jaką w filmie odgrywają niemieccy oficerowie, widzimy kilkoro aktorów zagranicznych – brytyjskich, niemieckich i francuskich. Rolę dr Abuse zagrał znany z najnowszych ekranizacji Aniołków Charliego i Alicji w Krainie Czarów Crispin Glover. Jego rywalem w walce umysłów jest dawno niewidziany na dużym ekranie Artur Krajewski. Atmosferę romantyzmu tworzy para kochanków zaangażowanych w konspirację: Krystian Ceglarski (Jakub Gierszał) i jego narzeczona Wanda Rostowska, grana przez Patrycję Ziółkowską. Aczkolwiek do życzenia pozostawia rola Gierszała. Jego Krystian jest niemrawy, wręcz apatyczny. Długo utrzymywaną tajemnicą była rola Paderewskiego. Nawet fotosy promujące film jakby unikają pokazywania jego postaci. Ostatecznie mistrza zagrał Jan Frycz i zrobił to świetnie. W scenach koncertów (w zbliżeniach na ręce mistrza) zastąpił go światowej sławy interpretator muzyki Chopina, Janusz Olejniczak.

540552_1.1

Z pewnością refleksją wielu widzów po obejrzeniu filmu będzie to jak go zakwalifikować? Na pewno jest to film sensacyjny o podłożu historycznym. Jednak ci, którzy liczą na fabułę historyczną w rodzaju Katynia, czy wręcz epopeję jak Pan Tadeusz, rozczarują się. Samo Powstanie Wielkopolskie jest epizodem; jedynie krótko (około pięciu minut) ukazaną konsekwencją wydarzeń na pierwszym planie – pojedynku mediów. Czy jest to w takim razie film patriotyczny? Z pewnością, i to nie tylko ze względu na powstanie. Ukazując polskich spirytystów za pomocą wirującej kamery oraz ich starania w walce o wolność mistrza Paderewskiego, reżyser zwraca uwagę na moc umysłu. Często potrzeba zaledwie kilkorga ludzi, którzy prowadzeni wspólnym celem, potrafią stanowić o rzeczywistości. Z kolei demoniczny Abuse jest wcieleniem dzisiejszych głosicieli przeróżnych ideologii, którym w krochmaleniu naszych umysłów wytrwale sekundują media (bo z tego żyją). Zatem bez wątpienia reżyserowi nie chodzi o patriotyzm romantyczny, jak u Mickiewicza, czy Żeromskiego. Ostatecznie potwierdza to szybki prosty w szczękę polskiej ekstremy pod koniec filmu: „Chciałbym, aby polska czerwień i biel to były wyłącznie truskawki ze śmietaną” – mówi jeden z bohaterów z ciałem zabitego syna na rękach. W jednym z wywiadów Łukasz Barczyk mówi o tej scenie: „Włosi (…) potrafili (…) swą bolesną i krwawą historię spuentować w taki sposób, że patrząc dzisiaj na włoską flagę, cały świat widzi pomidory, mozarellę i bazylię. (…) Identyfikując się z ludźmi, którzy umarli dla naszej wolności, identyfikujemy się z ich aktem ofiary. To bez sensu. Ci, którzy umarli, chcieli, żebyśmy rozwijali kraj najlepiej jak umiemy, żeby ich tragiczna śmierć czegoś nas nauczyła: ma się nie powtarzać!”.

Polecam,

Marcin Śmigielski

Fot.: filmweb.pl

Cytat pochodzi z miesięcznika „Kino”, nr 1/2015

Film „Bogowie”, czyli profesor od serca

plakat-bogowie-lukasz-palkowski-next-film-2014-680x900

   10 października na ekrany polskich kin wszedł film Bogowie Łukasza Palkowskiego, opowiadający o legendarnym polskim kardiochirurgu, prof. Zbigniewie Relidze i jego zespole. Pomny swych zasad, udałem się do kina nie przeczytawszy ni słowa recenzji i opinii „czy warto?”. Tym samym nieco obawiałem się kolejnej sztampowej produkcji z cyklu: „postać autentyczna – życie i twórczość”, który to gatunek wyznacza jeden z głównych trendów dzisiejszego kina. Nic z tych rzeczy – trafiłem na film, który gdyby powstał w Hollywood, byłby murowanym kandydatem do Oscara. Zresztą w Polsce zdobył już wszystkie najważniejsze statuetki „Złotych Lwów” na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. A Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej przyznaje nagrody nie tylko produkcjom hollywoodzkim…

bogowie-lukasz-palkowski-next-film-2014-001-900x581 bogowie-lukasz-palkowski-next-film-2014-002-900x627

 Zmarły pięć lat temu profesor (a także doktor, senator i minister) Zbigniew Religa był postacią tak barwną, że krótką historyjką wydaje się ów niemal dwugodzinny film. Przedstawia on genezę powstania Kliniki Kardiochirurgii w Zabrzu poprzez pryzmat perypetii głównego bohatera, osobliwego i ekspansywnego docenta Religi. Kierowany wizjonerską misją przeprowadzania transplantacji serca i zniechęcony ograniczeniami w Klinice Kardiochirurgii w stolicy przenosi się do Zabrza. Tam w nietuzinkowy sposób rozpoczyna prowadzenie własnej kliniki, niejako wyprzedzając epokę, w której żyje. W filmie znakomicie bowiem ukazany jest ówczesny chorobliwy konserwatyzm myślenia, który kazał nawet wykształconym lekarzom traktować serce jako relikwię. Oto komisja orzekającaśmierć mózgową dawcy decyduje się… przebadać zwłoki ponownie, gdy dowiaduje się, że chodzi o serce.  Oto pacjent przed zabiegiem wyraża wprost swoją prośbę, aby nie było to serce „jakiegoś pedała albo Żyda”. Religa zmagał się z tym niemal w pojedynkę, bowiem na początku sceptyczni (ale ciekawi oryginalnego wyzwania) byli nawet jego młodzi współpracownicy. Notabene, tych dobierał sobie nie według doświadczenia, ale ze względu na zapał i potencjał, jaki w nich drzemał.

bogowie-lukasz-palkowski-next-film-2014-003-900x581 1 fb-bogowiefilm

Film nie jest jednak laurką i w tym właśnie tkwi jego moc. Przedstawia on człowieka: tytana pracy, wizjonera i znakomitego kardiochirurga. Jednak z drugiej strony jest to człowiek skazany, przynajmniej z początku na niepowodzenia, a z tym radzi sobie o wiele gorzej niż z ratowaniem pacjentów. Oglądając Tomasza Kota w roli „profesora od serca” nieodparcie przychodzi na myśl jego pierwsza duża rola, czyli Skazany na bluesa, gdzie nie tyle wcielił się, co stał się Ryśkiem Riedlem z „Dżemu”. Tu jest prof. Zbigniewem Religą, wyśmienicie okazując pasję i energię, cechujące naturę profesora. Jedną z jego cech był też żelazny charakter, który pomógł mu wydobyć się z początków alkoholizmu. Znakomita gra Kota polega właśnie na konfrontowaniu sukcesów z porażkami. Reakcja na te drugie stanowi niejako drugą twarz głównego bohatera. Nieprzeciętnie zagrali też aktorzy młodszego pokolenia, zwłaszcza: Piotr Głowacki i Szymon Piotr Warszawski, odtwarzający role prof. Mariana Zembali i prof. Andrzeja Bochenka, najbliższych współpracowników Zbigniewa Religi. Ciekawostką jest, że obaj profesorowie pojawili się epizodycznie w Bogach w roli członków komisji etyki lekarskiej. Na uwagę zasługuje także rola Magdaleny Czerwińskiej, wcielającej się w rolę Anny Religi. Ze wspomnień aktorki dotyczących spotkań z panią profesorową wart odnotowania jest fakt, iż opowiadając o mężu unikała, a wręcz obawiała się słowa „poświęcenie”…

7 2

Zważywszy na fakt, że film opowiada o sprawach niezwykle poważnych, reżyser postanowił odciążyć układ emocjonalny widza, serwując mu sporą dawkę humoru. Przejawia się on głównie w dialogach i to również poprzez filtr charakteru profesora Religi. Charakteru niełatwego, nacechowanego brakiem uznania dla kompromisów i nieustannym dążeniem do celu. Stąd wynikają zabawne sytuacje z ustawicznym zwalnianiem i ponownym przyjmowaniem do pracy swoich podwładnych, czy też z wyścigowym stylem jazdy, spowodowanym życiem w pośpiechu. Film znakomicie ukazuje też siermiężne warunki, jakie ówcześnie panowały nie tylko w służbie zdrowia, ale i w całym kraju. Oto, wioząc organ do przeszczepu, karetka zatrzymuje się z pustym bakiem. Jadący nią młodzi lekarze, nie posiadając kartek na benzynę decydują się na kradzież jednego z kanistrów napełnionych przed chwilą przez innego kierowcę. W dodatku humor jest dawkowany tak umiejętnie i bez zbędnych huśtawek, że ponad sto minut filmu mija nie wiedzieć kiedy.

8 galleryhip.com 5

Jeśli ktoś z Was nie stosuje mojej zasady i czyta recenzje przed obejrzeniem filmu, to z czystym sumieniem Bogów mu polecam. Starszym niż młodszym, aby przypomnieli sobie i uzupełnili wiedzę o kulisy powstania kliniki prof. Religi, a jeszcze młodszym – by poszerzyli swój kanon Wielkich Polaków o kolejną osob.

Autor: Marcin Śmigielski

Fot.: James Stanfield, next-film.pl, facebook.com/bogowiefilm

Służby specjalne, czyli stary (dobry) Vega

SSS

Patryk Vega, jako młody i zdolny reżyser wszedł przebojem, a nawet powiedziałbym: hitem w światek polskiej fabuły filmem i serialem Pitbull. Takiego kina nie było nigdy przedtem. Natomiast potem Vega popełnił takie dzieła jak: Magda M., Twarzą w twarz, Ciacho, czy – znakomity od strony technicznej, ale trochę nie wiadomo po co – Hans Kloss. Żyć trzeba, komedie romantyczne i kryminałki dla gospodyń domowych to intratne fuchy, a hitami nie da się sypać jak asami z rękawa. Dlatego też z zaciekawieniem przyjąłem wiadomość, że obecny w kinach od 3 października film Służby specjalne będzie przedstawiać wreszcie tego starego, dobrego Vegę z czasów Pitbulla. I tak rzeczywiście jest, choć nie do końca.

10689792_833713403346974_8409325496305504096_n

Pitbull był jeden. Natomiast trudno nie traktować go jako punktu odniesienia dla talentu i możliwości Patryka Vegi. Trzydziestosiedmioletni reżyser jest tytanem pracy, nie tylko na planie, ale i poza nim. Do zrobienia filmu o policjantach z wydziału zabójstw przygotowywał się spędzając z nimi wiele czasu. Obserwował ich pracę, nie tylko biurową, podobno wypił z nimi morze wódki i to w jego obecności łamali się najtwardsi przestępcy. Ma znakomite zdolności psychologiczne, co bardzo pomaga mu w pracy z aktorami. Słowem, gestem, prośbą lub groźbą wydobędzie z nich najskrytsze emocje i niespodziewane zachowania. Do swego najnowszego filmu dokumentację gromadził dwa lata. Efekty widać na ekranie.

a58745c1fc7f8565062aeaa5dae8ca85 10653690_833714763346838_484815579444906265_n

Służby specjalne jest świetnym powrotem Vegi do kryminalnej konwencji. Podobnie jak w znakomitym pierwowzorze akcja toczy się wartko, przełożona jest wątkami romantyczno-osobistymi każdego z bohaterów i obfituje w zaskakujące, nierzadko szokujące zwroty. Osią fabuły filmu jest likwidacja Wojskowych Służb Informacyjnych. W miejsce zniesionych stanowisk powstaje tajna jednostka złożona z kilkorga byłych oficerów WSI i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (Janusz Chabior – płk Marian Bońko, Wojciech Zieliński – kpt. Janusz Cerat i Olga Bołądź – ppor. Aleksandra Lach). Do wiadomości publicznej dostaje się lista informatorów byłych WSI (m.in. afgańskich cywili), a pierwszym zadaniem nieoficjalnej grupy jest rozprawienie się z tymi, którzy sprzedają nazwiska mediom. Jako wyszkoleni i doświadczeni oficerowie służb zmieniają wygląd i metody pracy częściej niż mechanicy koła w bolidzie Formuły 1. I z tak samo zimną precyzją tę pracę wykonują. Sytuacja rozwija się żwawo, aż dochodzi do punktu zwrotnego, który zaskakuje tak nagłym pojawieniem się, jak i swą przyziemnością. Nadzwyczajnym punktem filmu jest uderzające podobieństwo kilkorga postaci do nazwisk z pierwszych stron gazet ubiegłej dekady. Człowiek odpowiedzialny za likwidację WSI jest zdumiewająco podobny do Antoniego Macierewicza. Porwanym w wozie meblowym jest istny sobowtór Romana Giertycha, a powieszonym przez płk Bońkę – człowiek o fizjonomii chłoporobotnika, w biało-czerwonym krawacie… Nie da się ukryć, że Vega piętnuje pewne niefortunne, a właściwie idiotyczne decyzje. Likwidacja stanowisk i wyrzucenie na bruk znakomitych fachowców najwyższej klasy, i zastąpienie ich strażnikami miejskimi (!) musi się w końcu zemścić. Dodajmy do tego fakt, że zawodowych aktorów jest w filmie mniej więcej dwadzieścioro. Reszta to najprawdziwsi naturszczycy, ale co jest całkowicie zaskakujące – w filmie pojawiają się autentyczni oficerowie służb specjalnych i… przestępcy. Szerokie znajomości Vegi dodają filmowi dość mrocznego uroku.

28e16914188046bf72710b941b54770d 99978a22f82093abb4e70d7200fb933e 7c8143c73f02ed8a4b034c98bfaea449

Jest jednak coś, co odróżnia trafność i nietuzinkowość Pitbulla od niemniej przecież ciekawej historii przedstawionej w Służbach specjalnych. Wydaje się, że jest to spowodowane próbą „upopowienia” dość nieznanego (bo tajnego!) szerokiemu gronu tematu działalności służb specjalnych, zwłaszcza wojskowych. Vega próbował moim zdaniem zmieścić to w łatwej do przełknięcia dla widza pigułce i stąd czasami zbyt zawrotne tempo oraz drętwawa deklamacja-opis zadań w wykonaniu przełożonego głównych bohaterów, gen. bryg. Romana Światły (lodowato doskonały Wojciech Machnicki). Można jednak uznać ją za oryginalną formę narracji, a wtedy całość nabiera interesujących barw. Pewnym novum, choć znanym już ze znakomitego debiutu fabularnego Vegi są pojawiające się na ekranie pisemne objaśnienia postaci, wydarzeń i osobliwego, nieoficjalnego słownika służb. Tym razem jest ich jednak więcej i sprawiają wrażenie lekko natrętnych.

Mimo pewnych niedociągnięć Służby specjalne wart jest polecenia. Ciekaw jestem czy po obejrzeniu nasunie się Wam pytanie, którym lekko prowokuje sam reżyser w wywiadach: „Na miejscu widza zastanawiałoby mnie z kim rozmawiał twórca, kto przekazał mu informacje”.

Autor: Marcin Śmigielski

fot: materiały prasowe

„Powstanie Warszawskie” – wrażenia po wyjściu z kina

Powstanie_Warszawskie_film_logo_fb

Filmów i seriali z Powstaniem Warszawskim w roli głównej, drugoplanowej lub epizodycznej powstało już dziesiątki. Jak się zaczęło i jak skończyło – wiemy wszyscy, a jego przebieg posłużył już wielu twórcom jako tło do przedstawienia własnych historii. Dlaczego więc warto pochylić się nad Powstaniem Warszawskim, którego nawet tytuł brzmi banalnie i na pierwszy rzut oka z pewnością nie przyciąga uwagi? Otóż wyświetlany w polskich kinach od 9 maja film wg pomysłu Jana Komasy jest na tyle wyjątkowy, że… różni się od pozostałych właściwie wszystkim. Jest to pierwszy w świecie dramat wojenny non-fiction. Zmontowany został w całości z fragmentów kronik powstańczych, nakręconych w akcji. Nie jest to jednak typowy dokument, jakich zatrzęsienie w polskiej i zagranicznej telewizji. Jest to pełnoprawny film fabularny, chociaż w 99% składający się z faktów historycznych. Ale od początku.

PLAKAT_POSTER_B1_KINO_final_prevka

Przeważający ogrom pracy, jaki włożono w obecny wygląd tego filmu tkwi w obrazie i udźwiękowieniu. Film nie tylko pokolorowano, ale przede wszystkim oczyszczono i poprawiono wszelkie niedoskonałości wynikające z zapisu magnetycznego, tj. na taśmie, która dodatkowo ma swoje lata i przeważnie była przechowywana w nieodpowiednich warunkach. Ponadto zastosowano m.in. efekt stabilizacji obrazu i „odszumiania”. Kolejnym etapem była koloryzacja. Na jej potrzeby zgromadzono kilka tysięcy fotografii m.in. broni, umundurowania, ubrań cywilnych, infrastruktury miasta i tablic informacyjnych. Ba, przyjrzano się nawet barwie ówczesnych płyt chodnikowych, z których układano barykady. Nad stroną merytoryczną pieczę sprawowali m.in.: historycy Muzeum Powstania Warszawskiego, varsavianiści oraz eksperci ds. broni i umundurowania. Za „kolorową” część prac nad filmem odpowiada wyłonione w konkursie Studio Orka.

Materiaêy prasowe_Powstanie Warszawskie_Produkcja Muzeum Powstania Warszawskiego_Dystrybucja Next Film (8) kopia

Oprócz koloryzacji, Muzeum Powstania Warszawskiego zadecydowało o udźwiękowieniu filmu. Tego arcytrudnego zadania podjął się Bartosz Putkiewicz, reżyser dźwięku. Do współpracy zaprosił m.in. kryminologa, który odczytał słowa z ruchu warg bohaterów. Setki godzin spędzone na kolekcjonowaniu dźwięków wybuchów, strzałów, powstańczej rzeczywistości zaowocowały tym, że Powstanie Warszawskie jest pierwszym tego typu filmem w historii, w którym bohaterowie przemówili.

Materiaêy prasowe_Powstanie Warszawskie_Produkcja Muzeum Powstania Warszawskiego_Dystrybucja Next Film (4) kopia

A jak ogląda się ten film? Ciekawe wrażenie wywołuje oglądanie odnowionej, ale wciąż starej taśmy połączonej z cyfrowo czystym głosem współczesnych aktorów wypowiadających dialogi, które napisało życie. Jedyne fikcyjne postaci w filmie to główni bohaterowie: bracia Karol i Witek, operatorzy powstańczej kroniki filmowej. Słyszymy ich głosy zza kamery, choć nigdy nie zobaczymy ich twarzy. Początkowo chłopcy mają za zadanie dokumentować przygotowania do walki, zwłaszcza na tle codziennego życia ludności cywilnej. Z czasem angażują się w walkę do tego stopnia, że zaczynają narażać się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Dzięki temu możemy obserwować te znane, ale też te zupełnie niezwykłe sceny powstania, jak np. spotkanie polskiego i niemieckiego oficera, omawiających jednodniowe zawieszenie broni. Dowiemy się także, że niektóre powstańcze sceny widziane do tej pory w filmach dokumentalnych były… inscenizowane. Jak dowiadujemy się z napisów przed filmem, był to przemyślany i potrzebny zabieg, choćby ze względów bezpieczeństwa operatorów. Wszystko w naturalnych kolorach i ze świetnej jakości dźwiękiem.

Materiaêy prasowe_Powstanie Warszawskie_Produkcja Muzeum Powstania Warszawskiego_Dystrybucja Next FilmMateriaêy prasowe_Powstanie Warszawskie_Produkcja Muzeum Powstania Warszawskiego_Dystrybucja Next Film (10) kopia

Co nowego wnosi ten film do i tak już bardzo nasyconej wszelakimi dokumentami tematyki powstańczej? Najbardziej odpowiada mi tu możliwość „podejrzenia” jak żyli i jak zachowywali się ówcześni ludzie. Mimo ciężkich czasów starali się żyć możliwie normalnie. Zachowywali się, porozumiewali, żartowali w sposób niezbyt odbiegający od dzisiejszych zwyczajów, może z wyjątkiem wszechobecnych dziś anglicyzmów w mowie ojczystej. Można wysnuć wniosek, że dzięki wielomiesięcznej pracy, film ten – w odróżnieniu od pozostałych, czarno-białych i niemych dokumentów – stał się bardzo ciekawym świadectwem wydarzeń i czasów, w jakich miały one miejsce. I z pewnością wart jest obejrzenia.

Autor: Marcin Śmigielski

Grafika: materiały prasowe

Kamienie na szaniec A.D. 2014

Kamienie.n.sz

Jak przedstawić patriotyzm w dobie, gdy patriotami obwołują się uliczni bandyci? Jak w dzisiejszych, metroseksualnych czasach pokazać epokę, w której męstwo nie znało granic? Jak wytłumaczyć dzisiejszym licealistom, że ich ówcześni rówieśnicy nie troskali się o to, co ze sobą zrobić w sobotni wieczór, tylko czy za rok o tej samej porze będą mogli bezpiecznie pójść do wolnej, polskiej szkoły? Dziś jest to prawie niemożliwe. Dwudziestolatkowie żyją całkowicie innymi problemami, niż bohaterowie Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego. Trzeba jednak próbować, ponieważ naszym obowiązkiem jest podtrzymywanie pamięci o nich. Ciekawy po temu krok uczynił Robert Gliński. Jego film, zatytułowany tak samo jak książka ukazał się w kinach 7 marca.

knsz6

         Tytuł filmu, opowiadającego o „Zośce”, „Rudym” i „Alku”, zapożyczony z książki (nie tylko) o tych dzielnych młodych ludziach, siłą rzeczy każe nam oczekiwać tego samego co w książce. A książka, obok Pana Tadeusza Adama Mickiewicza, należy do kanonu pozycji literackich, które każdy Polak powinien przeczytać. Owszem, filmowy „Zośka” jest komendantem Grup Szturmowych Szarych Szeregów, a „Rudy” hufcowym hufca „Ochota”. Jednak już „Alek” jest postacią epizodyczną, pojawiającą się w filmie kilka razy, głównie jako uczestnik walk ulicznych. Jeden z internautów określił go nawet druzgocącym mianem statysty. Ale po kolei, czyli… od końca. Ostatnie zdanie po napisach końcowych mówi: „(…) niektóre postaci i wydarzenia w filmie inspirowane są książką Kamienie na szaniec”. To wiele wyjaśnia. Z pewnością książką nie są inspirowane sceny erotyczne z udziałem głównych bohaterów, czy „Zośka” zadający niewygodne pytania „Orszy” i „Lipińskiemu”, tj. swoim zwierzchnikom z „Kedywu”. Sam „Zośka” w książce przedstawiony jest jako charyzmatyczny, ale opanowany dowódca. W filmie często jawi się jako histeryzujący romantyk. Długo by wymieniać różnice między książką, a filmem, ale weźmy pod uwagę, że sama powieść Aleksandra Kamińskiego też nie jest wiernym oddaniem faktów. Stworzona została raczej „ku pokrzepieniu serc” na podstawie notatek samego Tadeusza Zawadzkiego, „Zośki”. Jeśli więc przyjmiemy, że film jest interpretacją książki, otrzymamy w miarę ciekawe dzieło opowiadające o pewnym okresie życia kilkorga bardzo odważnych Polaków.

knsz

Zacznę jednak od negatywów. Aktorstwo, mimo braku „spadochroniarzy” w obsadzie jest bezpłciowe. Młodzi aktorzy wypowiadają swoje kwestie i… nic więcej. Tak jak z piosenką zaśpiewaną poprawnie, bez fałszu. To nie wystarczy, trzeba w swój głos włożyć jakieś odczucia. Mało tego! „Płaski” okazał się także sam „Orsza”, odtwarzany przez Wojciecha Zielińskiego, aktora młodego, ale ze sporym bagażem doświadczenia. Odnoszę smutne wrażenie, że najbardziej energetyczną postacią był mały, pocieszny gołębiarz, który w rozmowie z „Rudym” przekonywał go, że lepiej sie nie wychylać i przeżyć wojnę. Podobnie aktorki, wcielające się w role dziewczyn głównych bohaterów – w scenach, w których pokazywały pazurki, miało się wrażenie, że za chwilę zaczną rozstawiać po kątach swoich mężczyzn. Zarówno Tomasz Ziętek („Rudy”), jak i Marcel Sabat („Zośka”) grają jedną, lub dwiema twarzami, a ich kwestie brzmią jakby mamrotali wiersz wykuty na pamięć.

knsz3

Są natomiast oszałamiająco przystojni. Ten fakt, połączony z dość luźną interpretacją książki każe domyślać się (zresztą słusznie), że film skierowany jest głównie do młodzieży. „Obczaj tych dwóch ziomków, niezłe ciacha!”. Ale może w ten sposób kilkoro młodych ludzi, zamiast obejrzeć robiący kisiel z mózgu program, lub bezmyślnie gapić sie na wystawy w centrum handlowym, wybierze się do kina? Wróć! Może ściągną film z Internetu i w ten sposób spędzą choć dwie godziny w miarę pożytecznie? Jeśli tak, to jestem skłonny wybaczyć Robertowi Glińskiemu próbę wymieszania roku 1943 z 2014. W filmie brakowało tylko, żeby bohaterowie od czasu do czasu sprawdzali czas na smartfonach i odpisywali na esemesy kolegom z oddziału. Ale każdy sposób jest dobry, aby stwarzać młodzieży alternatywę dla idiotyzmów sypiących się z dzisiejszych massmediów. Mam nadzieję, że młodzi aktorzy, którzy pojawili się w tym filmie stworzą w przyszłości świetne kreacje w wielu wspaniałych produkcjach. A Kamienie na szaniec traktować będą z sentymentem, jako średnio udany, ale jednak debiut. Pod względem aktorstwa ten film niestety dużo ustępuje np. serialowi Czas honoru, produkcji z tej samej półki merytorycznej, która wywarła na mnie kolosalne wrażenie.

knsz2

Tyle narzekania. Kamienie na szaniec Roberta Glińskiego wpisuje się w światowy trend tworzenia filmów inspirowanych autentycznymi wydarzeniami. Umówmy się: niektóre filmy tego nurtu mogłyby nie powstać i nikt by tego nie żałował. Ekranizacji Kamieni… jednak brakowało w polskiej kinematografii. Jedyny do tej pory film, odnoszący się do powieści Aleksandra Kamińskiego to Akcja pod Arsenałem z 1977 roku. Mimo pewnego rozpasania merytorycznego, Kamienie… jednoznacznie wskazuje młodym ludziom co było dobre, a co złe. Jednak nie robi tego w tradycyjny, czarno-biały sposób. Zmusza dorastających obywateli do zastanowienia się. Oto na przykład dowództwo „Kedywu” zwraca się z prośbą o zopiniowanie zasadności akcji odbicia „Rudego” do prof. Józefa Zawadzkiego, ojca „Zośki”. Ten jest sceptyczny. Jego syn natomiast żyje wyłącznie chęcią uwolnienia przyjaciela. Po akcji między ojcem, a synem dochodzi do wymiany gorzkich słów. Co jest ważniejsze: uwolnienie jednego z nas, czy bezpieczeństwo pozostałych, nienajlepiej wyszkolonych harcerzy, w tym ukochanego syna? A kto ma rację na strychu podczas łapania gołębi na obiad – „Rudy”, próbujący wciągnąć nastoletniego nygusa do harcerstwa, czy chłopiec odpowiadający mu, że lepiej nie szumieć i przeczekać? Pytania podobnej natury zadaje sobie przecież każdy człowiek w ich wieku.  Dylematy narysowane są w filmie Glińskiego bardzo wyraźną kreską.

knsz4

Na uwagę zasługuje też muzyka. Znakomicie ilustruje dwie połowy filmu. W pierwszej, gdy chłopcy zrywają okupanckie flagi i rozpylają gaz w kinie, z głośników dobiegają ostre, gitarowe riffy. W drugiej, w której harcerze stają się żołnierzami i zbierają pierwsze cięgi od okupanta, słyszymy stonowane dźwięki smyczków, które niechybnie oznajmiają koniec beztroski. Z kolei za obraz w filmie odpowiedzialny jest Paweł Edelman, laureat Oscara za Pianistę Romana Polańskiego. Dość dobrze moim zdaniem poradził sobie z ukazaniem akcji pod Arsenałem, jednej z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie scen. Oryginalny Arsenał już dawno stracił swój okupacyjny wygląd. W filmie udanie zastąpił go jeden z budynków lubelskiej Starówki. Jak zwykle w przypadku polskich produkcji historycznych, na duże brawa zasługują grupy rekonstrukcyjne odpowiedzialne za umundurowanie, pojazdy, broń i musztrę. Dziś nie ma już miejsca na błędy wynikające z braku odpowiednich rekwizytów w magazynach, tak jak zdarzało się to w przypadku Stawki większej niż życie, czy Czterech pancernych… .

knsz5

knsz7Reżyser spędził wiele czasu na rozmowach ze świadkami tamtych wydarzeń, m.in. ze swoją mamą, członkinią Szarych Szeregów i z Janem Rossmanem, przyjacielem „Zośki”. W rezultacie postanowił nieco odbrązowić pomniki bohaterów. Starał się przedstawić współczesnym młodym ludziom bohaterów, ale nie supermenów. Chłopców i dziewczęta takich samych jak oni. Którzy również chcieli coś osiągnąć, rozwijać się, przyjaźnić i kochać, ale los przygotował im inne zadanie. Czy i jak mu się to udało? Oceńcie sami po obejrzeniu filmu, który polecam.

Autor: Marcin Śmigielski

Fot.: facebook.com/KamienieNaSzaniec.Film